Jak rozwiązać problem? Każdy problem.

Jeśli poświęciłaś chwilkę i odwiedziłaś stronę O mnie - dzięki 🙂 - to wiesz, że jednym z wypracowanych przeze mnie nawyków jest żmudne i konsekwentne doskonalenie siebie i swojego „warsztatu” życiowego. Dlatego właśnie, jak radziła Eleonora Roosevelt, codziennie wychodzę poza moją strefę komfortu i robię przynajmniej jedną rzecz, która mnie przeraża.

Podejmuję się coraz trudniejszych wyzwań i projektów, aby pewnego dnia być tak dobrym i mocnym, by zmienić świat. Choćby w skali nano. Choćby to miało znaczenie tylko dla setek, a nie milionów.

To jeden z celów w moim życiu, a podążanie tą ścieżką daje mi wiele motywacji i zadowolenia.

Ale jest jeden efekt uboczny tego procesu, z którym muszę jakoś "dealować".

Problemy do rozwiązania.

Problemy do rozwiązania, które przy pasywnym podejściu do życia prawdopodobnie nie pojawiłyby się, nie wyszły z czeluści marazmu, nie ujawniłyby się, jako element i narzędzie rozwoju.

Wolisz posłuchać niż czytać? Voilà.
Posłuchaj na Apple Podcast

Kiedy zacząłem przygotowywać się do pierwszego odcinka mojego podcastu z mini serii "Łączymy kropki" uświadomiłem sobie, że w każdym aspekcie procesu nazwanego przeze mnie "budowanie udanego życie" będą jakieś problemy, które staną na Twojej drodze.

Dlatego najpierw postanowiłem zająć się ... samymi problemami, poruszając m.in takie kwestie:

Dlaczego uważamy, że mamy z czymś problem?

Czy problem to coś obiektywnego czy raczej subiektywnego?

Jak myślimy o problemach i czym to skutkuje?

W jaki sposób reagujemy na problemy?

Czy wreszcie, jaki jest związek naszych problemów z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością?

No i oczywiście, co z tego wszystkiego wynika ... czyli jakie podejście do problemów jest najskuteczniejsze i daje największe szanse na "bezproblemowe życie"?

A wszystko to będzie ubrane w proste ćwiczenie, bo jestem ... że zaszpanuję moim angielskim ... "action driven" ... i hołduję zasadzie: "wiedzieć to jedno, ale zrobić coś z tym to zupełnie inna bajka".

Przejdźmy zatem od razu do czynów. Gotowa?

To jedziemy.

Pomyśl o jakimś problemie, który uważasz, że masz teraz, dzisiaj, obecnie.

To może być mały, nieduży problem, albo całkiem spory, czy wręcz wielki.

Możesz wybrać dowolny, ale abyś mogła w spokoju i skupieniu posłuchać dalszej części, niech to nie będzie problem, który powoduje u ciebie atak paniki albo podobnie nieprzyjemne reakcje.

Zatrzymaj się na chwilę. Przestań czytać dalej. Wybierz problem, pomyśl o nim i kiedy skończysz, zacznij czytać ponownie.

...

Houston, mam problem.

Ok, więc masz problem i o nim pomyślałaś.

A zatem, co teraz?

Wielu ludzi wobec innych osób, ale także wielu ludzi wobec samych siebie stosuje metodę, którą najlapidarniej, ale niezwykle celnie i dowcipnie opisał Jonas Jonasson w "Stulatku, który wyskoczył przez okno i zniknął", gdzie towarzysz Stalin zwraca się do towarzysza Berii słowami:

"Rozwiąż problem. Albo wyrażę się jaśniej: ROZWIĄŻ PROBLEM!".

W naszej rodzinie ten cytat jest używany bardzo często i niezmiennie nas ogromnie bawi, ale w "realu" wielu ludzi takie słowa znacznie częściej paraliżują, niż motywują do działania.

Mnie zależy na tej drugiej reakcji więc najprościej, jak umiem, powiem Ci o mojej strategii, którą stosuję kiedy w mojej głowie pojawia się myśl: mam problem.

Strategia ta opiera się na 3 kluczowych pytaniach, które każdy może (... a może powinien) zadać sobie w obliczu dowolnego problemu, z jakim się zmierza.

Nie ma jednej, dobrej odpowiedzi na każde z tych pytań. Są tylko Twoje odpowiedzi.

Dlatego ja Ci ich nie udzielę, ale przedstawię do każdego z nich swój komentarz. Mam nadzieję, że będzie pomocny i sprowokuje Cię do ponownego przemyślenia wybranego przez Ciebie problemu.

Wierzę, że ujrzysz Twój problem w zupełnie innym świetle, a może nawet okaże się, że ... nie masz już tego problemu. Czego Ci z całego serca życzę.

A dlaczego całe to ćwiczenie jest w formie pytań, a nie gotowych tricków czy sposobów?

Nie pamiętam, kto to powiedział, ale chyba Ionesco: "To pytania oświecają, nie odpowiedzi."

A zatem przejdźmy do pierwszego pytania:

Kluczowe Pytanie nr 1 - W jaki sposób myślę o problemie?

... czyli zmień optykę patrzenia na problem i skup się na tym, co najważniejsze.

Zacznijmy od podstawowego stwierdzenia: to coś, co uważasz za problem NIE jest problemem.

Problemem jest to, w jaki sposób myślisz o tym czymś.

Zróbmy sobie problem.

Dopóki o czymś nie pomyślisz w kategorii problemu, to coś problemem nie jest.

Może trudno to tak od początku przyjąć, ale chyba zgodzisz się ze mną, że to co jest problemem dla jednej osoby, nie musi być nim dla innej. Prawda?

Jeżeli tak, można się zastanawiać czy problemy mają walor obiektywności czy są całkowicie subiektywne?

Wiele, a nawet bardzo wiele osób może to samo uznać za problem. Więc może istnieją problemy obiektywne?

Jestem zdania, że tak, istnieją, o czym będzie mowa w dalszej części, ale myślę, że znacznie ważniejszy dla nas wszystkich jest fakt, iż znaczenie, złożoność czy "współczynnik wkurzania" danego problemu są bardzo zależne od naszego subiektywnego postrzegania.

A skoro tak, jedną z pierwszych rzeczy, którą można wykonać, jest umieszczenie naszego problemu w kontekście czyli spojrzenia na niego z odpowiedniej perspektywy.

Czy zdażyło Ci się, że jakaś błahostka, nic nie znaczący incydent, urosła do rozmiaru niemalże problemu egzystencjalnego?

Miałem na studiach kolegę. Bardzo bliskiego i fajnego kolegę. Studiowaliśmy już od 2 czy 3 lat razem. Był lubianym przez wszystkich członkiem naszej grupy. Szwendaliśmy się wszędzie razem i wypiliśmy niejedno piwo razem.

Pewnego dnia siedzieliśmy w kawiarence wydziałowej czekając na rozpoczęcie kolejnego wykładu i popijaliśmy herbatę w gronie kilku osób. Śmiech, żarty, zabawa.

I właśnie dla żartu ten kolega wrzucił mi kawałek słonego paluszka do mojej szklanki.

Od tego momentu przestałem się do niego odzywać i zerwałem wszelkie kontakty na wiele, wiele miesięcy.

Dopiero po tak długim czasie innym naszym przyjaciołom udało się przebić do racjonalnej części mojego umysłu przez pancerz czegoś na kształt "świętego oburzenia".

Zdaję sobie sprawę, że to historia raczej dla psychoterapeuty, ale obrazuje dosadnie prawdziwość powiedzenia "zrobić z igły widły".

Jestem przekonany, że gdybym wtedy zdał sobie sprawę, iż to był tylko żart, może nie najlepszy, ale tylko niewinny żart, sprawy potoczyłyby się inaczej.

A tak, głupio mi z tego powodu do dzisiaj.

Ponowny brak odrobionych lekcji u Twojego dziecka, chlew zostawiony przez męża po oglądaniu meczu z kolegami czy przebita opona, kiedy właśnie jedziesz na umówioną od miesiąca wizytę u fryzjera, mogą być w pierwszej chwili niesamowicie wkurzające.

Ale jeśli zdasz sobie sprawę, że to nie są kwestie "życia i śmierci", czyli zobaczysz je w należnej im perspektywie ... to bardzo pomaga.

Skoncentruj się (na właściwej kwestii).

Drugi ważny aspekt myślenia o problemach dotyczy sposobu w jaki wydatkujemy naszą energię myśląc o nich.

Tak naprawdę, sprowadza się to do uświadomienia sobie na czym się koncentrujesz: na samym problemie czy na jego rozwiązaniu.

Duża część ludzi ma tendencję do ciągłego myślenia o samym problemie. Przez większą część czasu rozmawiamy o nim z każdym, kto tylko chce posłuchać, albo był na tyle nieostrożny, że dał się w to wciągnąć.

Godzinami możemy roztrząsać problem z przyjaciółmi, a kiedy przyjaciele już śpią, potrafimy mówić do siebie.

Problem budzi nas w nocy i często do rana możemy o nim myśleć.

Zadręczamy się pytaniami w stylu: "Dlaczego to mnie się przytrafiło? Jak to się stało, że mam taki problem? Czy mogłem coś zrobić, żeby go uniknąć? Czy to moja wina?". I tak dalej.

Generalnie jesteśmy skupieni na problemie, zamiast na znacznie ważniejszej rzeczy: na jego rozwiązaniu.

Zrozumienie, dlaczego mamy problem może pomóc nam w jego rozwiązaniu, z czym zapewne zgodzą się zwolennicy klasycznej, freudowskiej psychoanalizy, ale moim zdaniem, główny nacisk lepiej położyć na poszukanie rozwiązania.

Zamiast zadawać sobie wcześniej przytoczone pytania, albo podobne do nich, lepiej powiedzieć sobie coś w stylu:

"Ok, mam problem. To się zdarza. Jak mogę go rozwiązać?"

Takie podejście do sprawy nadaje odpowiedni kierunek Twoim myślom, a co za tym idzie, Twoim działaniom.

A to sprawia, że masz szansę na wyrwanie się z zaklętego kręgu w stylu ... "dlaczego mam takiego pecha", umożliwia odcięcie się od przeszłości, której nie możesz zmienić (o czym będzie jeszcze w dalszej części) i pozwala Ci skupić się na tym, że idziesz do przodu.

Nie prowadzę psychoterapii, ale zdarza mi się prowadzić nawet długie rozmowy z moimi klientami na temat ich problemów.

To doświadczenie oraz obserwowanie moich własnych reakcji na różne sytuacje życiowe pokazuje mi, że czasami potrafimy "utknąć" w tych samych, natarczywych myślach, które towarzyszą nam w obliczu jakiegoś problemu.

Zachowujemy się jak ten pies goniący własny ogon i nie widzący świata poza nim.

Proste i genialne pytanie pomocnicze.

W takich sytuacjach używam bardzo potężnego narzędzia. Jest ono ... oczywiście, jakżeby inaczej ... w formie pytania ... pamiętasz jeszcze, to pytania oświecają, nie odpowiedzi.

To pytanie brzmi: no i?

... albo w mniej zakamuflowanej formie: i co z tego?

Jeśli uważasz, że to brak empatii z mojej strony, to po pierwsze, mogę Cię zapewnić, że wobec siebie w takich sytuacjach czasowo wyzbywam się współczucia również.

A po drugie, takie pytanie ... "no i?" ... unieruchamia ten ... "ogon", za którym gonimy i daje możliwość przyjrzenia mu się z bliska bardziej racjonalnie.

Kiedy pada pytanie: "no i?" ...

... "Co, no i?" - słyszy się zazwyczaj w odruchowej odpowiedzi.

"No chcę wiedzieć, co z tego, że stało się to, o czym mówisz?".

"Dlaczego to ma dla Ciebie takie znaczenie?".

"Co, tak naprawdę, jest kwintesencją tej całej sytuacji?".

Mimo swojej lapidarności, to jest bardzo potężne pytanie.

Stawia pytanego przed koniecznością zastanowienia się nad całym zagadnieniem. "Zabiera" go z emocjonalnej huśtawki i "przenosi" pod uniwersytecką tablicę, na której ma udowodnić swoją tezę brzmiącą do tej pory: mam problem.

Często dopiero w takiej chwili taka osoba ma problem. Ma problem z odpowiedzią na to pytanie.

To pytanie obnaża cały nasz sposób dotychczasowego myślenia o problemie. Kiedy zadamy sobie lub komuś to pytanie: "no i?", pomagamy sobie lub innym oddzielić fakty od chaosu emocjonalnego, który często towarzyszy nam w takich okazjach.

Rzeczywiste źródło problemów.

Jeśli chcemy wiedzieć jaki naprawdę mamy problem, albo bardziej w zgodzie z rzeczywistością, z czego robimy problem, musimy ustalić fakty.

Ustalanie faktów nie dla wszystkich jest bardzo łatwe. Bardzo często fakty bywają mylone z naszymi ocenami tych faktów.

FB, gazety czy wiadomości w telewizorze są pełne "faktów", które ludzie zinterpretowali całkowicie odmiennie.

A z faktami nie można dyskutować. Fakt jest faktem wtedy, kiedy każdy by się z tym zgodził.

Jeśli coś nie budzi wątpliwości w sądzie, zapewne jest faktem.

Kiedy zięć mówi: "moja teściowa jest wredna" - to nie jest fakt. Ktoś inny może mieć inne zdanie i zupełnie się z tym nie zgodzić. Szczególnie teściowa, jak sądzę.

Ktoś może się nie zgodzić, że teściowa odmawiając pożyczki na wymarzony samochód zięciowi, postąpiła podle. A zatem, to nie jest fakt.

To, że nie pożyczyła pieniędzy, to jest fakt.

Ale ocena, że było to podłe, a ona jest wredna, to tylko sposób w jaki zięć o tym pomyślał. To tylko jego interpretacja tego faktu.

I tak naprawdę, odmowa pożyczki może nie być dla nikogo problemem, dopóki zięć nie pomyśli o tym w kategorii problemu.

Nasze myślenie o faktach tworzy problemy. To my decydujemy, co jest problemem, a co nim nie jest. To nasze myśli są źródłem problemów.

Jeżeli teściowa, celowo, intencjonalnie, może nawet z premedytacją nie pożyczyła tych pieniędzy zięciowi, bo chciała mu zrobić na złość, to ... dalej nie jest to problem, dopóki zięć tak właśnie o tym nie pomyśli ... chociaż taka teściowa to oczywiście "skarbem" nie jest i jeśli nie w tym przypadku, to z pewnością za chwilę wygeneruje niejeden problem i to całkiem duży.

Reasumując, jesteśmy niemalże wszechwładni w zakresie stwarzania problemów, bo mamy wielką moc interpretowania. Możemy zinterpretować niemalże wszystko w dowolny sposób.

Dana nam moc interpretacji wszystkiego i w dowolny sposób wiąże się z błogosławieństwem (dla jednych) i przekleństwem (dla innych). Wiąże się z odpowiedzialnością. Odpowiedzialnością za nasze myśli i w konsekwencji za nasze uczucia.

Twój wybór.

Ktokolwiek może zachować się wobec mnie jak mu się żywnie podoba. To samo w sobie nie jest problemem. To ja decyduję, jak chcę się z tym czuć. To jest mój wybór. Zachowanie tej osoby nie jest problemem, dopóki JA nie zacznę myśleć o nim w kategorii problemu. Sposób w jaki myślę o tym sprawia, że staje się to problemem.

Jestem najdalszy od tego, aby sugerować Ci, byś nie myślała o czymkolwiek w kategorii problemu. Chcę tylko pokazać mechanizm i uświadomić Ci, jeśli to nie było dla Ciebie oczywiste wcześniej, że to nasze myślenie o czymś czyni z tego czegoś problem.

Jeśli jeszcze masz problem z zaakceptowaniem koncepcji, że to my kreujemy nasze problemy, to weźmy inny przykład.

Kiedyś ważyłem dobrze ponad kwintal. Od kiedy wziąłem się za siebie, utrzymuję stabilną wagę plasującą mój wynik dokładnie w środku zalecanego zakresu wskaźnika BMI dla mojego wzrostu. Od dekady wahania mojej wagi nie przekraczają +/- 2 kg.

Ale załóżmy, że ostani pomiar na mojej wadze wykazał +6 kg w stosunku do średniej. Czy to jest problem?

Wszytko zależy, jak o tym pomyślę.

Jeżeli pomyślę: "Dziwne. Nie czuję się z tym źle. Nie mam wrażenia, że przytyłem. Czuję się zdrowy, a ostatnie badania nie wykazują nic niepokojącego. Ok, sprawdzę za 3 miesiące czy to jest jednorazowa sprawa, czy mam do czynienia z jakąś tendencją. Spoko." - to nie ma żadnego problemu i życie toczy się dalej tym samym trybem.

A jeżeli pomyślę: "Uuu, Robert pozwoliłeś sobie ostatnio. Dobrze Ci się powodzi, co? Widzisz cwaniaczku, myślałeś, że te maślane bułeczki z miodem po każdym obiedzie, to tylko niewinny deserek? Nie ma nic za darmo. Czas wrócić do poprzedniego nawyku: po obiadku tylko mała czarna kawka. I to bez cukru." - to wykreowałem jedynie tyci problem ... i do tego od razu mam rozwiązanie.

Ale jeśli pomyślę: "K***a, ja p*****lę! Beznadzieja. Żrę jak po****ny, a bebech rośnie. Na brzuchu mam już zajebisty tłuszcz i sześciopak na lato poszedł się j***ć. Wszytko przez te p******one tłuste żarcie mojej żony. Tyle razy k***a mówiłem jej: mniej tłuszczu kobieto! Czy to tak trudno zrozumieć? Ja p*****lę, ale syf." - to wygenerowałem całkiem spory problem, a do tego wciągnąłem w mój problem jeszcze inną osobę i zapewne na tym się nie skończy.

Jeden i ten sam fakt. Te same okoliczności. Bardzo skrajne wyniki.

A zmienia się tylko sposób myślenia.

Czy jest już dla Ciebie jasne, że mamy wybór?

Czy widzisz, że sposób w jaki myślimy o różnych sprawach czy zdarzeniach z naszego życia jest źródłem naszych problemów. Jeśli nie wszystkich, to zapewne bardzo dużej ich części.

Czy czujesz w sobie tę moc decyzyjną, która pozwala Ci stanowić, czy masz problem czy nie, a jeżeli rzeczywiście masz problem, pozwala Ci przesądzić o jego charakterze?

Jeżeli na świecie istnieją jakieś nieuświadomione problemy globalne, to jeden z nich może polegać na tym, że duża część ludzkości nie zdaje sobie sprawy ze swoich twórczych możliwości w zakresie stwarzania swoich problemów.

Dla wielu ludzi ich problemy są wyłącznie natury zewnętrznej. Leżą poza nimi. Tak, dotyczą tych ludzi, ale oni nie czują się ich źródłem.

To stwarza problem, a problem z tym problemem jest taki, że jeśli odseparujemy siebie od źródła problemu i całkowicie odrzucimy możliwość, iż w całości czy w jakiejś części jesteśmy jego twórcą, to możemy utracić bardzo istotną rzecz ... poczucie, że mamy kontrolę nad jego rozwiązaniem.

Ale kiedy zdamy sobie sprawę, że to my kreujemy w większym lub mniejszym stopniu jakiś problem, już tylko krok dzieli nas od jego rozwiązania.

Jaki to krok? Co trzeba zrobić?

dla mnie to szczególnie ważne | autor

Wystarczy nauczyć się żyć ze świadomością, że jesteśmy bardzo kreatywni w tworzeniu naszych problemów.

Kiedy taka myśl już w nas okrzepnie, ugruntuje się, wtedy przychodzi spokój i zanika największy nasz wróg związany z problemem ... czyli stres, a my odzyskujemy dostęp do naszej kreatywności i mądrości.

Wtedy mamy największe szanse, aby problem rozwiązać.

Kluczowe Pytanie nr 2 - Czego tak naprawdę chcę i jakie działania podejmuję?

... czyli zadbaj o swój stan emocjonalny związany z problemem.

Kiedy mamy problem zazwyczaj skupiamy się na tym, co złego ten problem wnosi w nasze życie.

Zazwyczaj wtedy również umyka nam świadomość czego chcemy, a może dokładniej, jak chcemy się czuć?

Kiedy problemu nie było, byliśmy w jakimś stanie emocjonalnym. Kiedy problem pojawia się, nasz stan emocjonalny zazwyczaj się zmienia.

Kiedy pomyślisz, że decydujesz o tym, jak chcesz się czuć, to daje Ci możliwość weryfikacji Twojego sposobu myślenia o problemie i możesz zdecydować czy ten sposób myślenia Ci odpowiada? Czy tak właśnie chcesz myśleć o tym problemie? Czy to jest to, czego chcesz?

Bo jeśli odpowiedź jest twierdząca i właśnie tego chcesz, to przecież nic nie musisz zmieniać, prawda?

A co, jeśli odpowiedź nie jest twierdząca? Jeśli to nie jest to, czego chcesz?

Raz łatwo, raz trudno.

Z pewnością oglądałaś niejeden amerykański film, w którym jeden z bohaterów korzysta z usług psychoterapeuty. Pamiętasz jakie pytanie pada w takich scenach najczęściej?

Tak, właśnie: "... i jak się z tym czujesz?".

Na nasze potrzeby zmodyfikujemy trochę formę tego pytania i w naszej wersji brzmi ono: "jak chcę się z tym czuć?"

Kiedy zaczęła się cała zadyma z C19 stworzyłem na FB prywatną grupę, gdzie raz na tydzień prowadzę sesje głębokiego relaksu w Savasanie (dla niewtajemniczonych, to pozycja relaksacyjna w jodze).

Ujmując rzecz skrótowo i lapidarnie: leżysz godzinę w bezruchu.

I teraz wyobraź sobie, że mija już 40 minuta twojego relaksu, a do pokoju w którym leżysz wlatuje komar.

Słyszysz go coraz wyraźniej, aż wreszcie zaczyna on latać tuż obok Twojej twarzy.

W pewnym momencie czujesz, że usiadł na Twoim policzku. Z pewnością za chwilę wbije ten swój aparat w Twoją skórę, jeśli nic z tym nie zrobisz.

Jak chcesz się z tym czuć?

Może nie miałaś problemu z natychmiastową odpowiedzią w tym przypadku, bo przykład jest zbyt lekki w swojej emocjonalnej warstwie.

Weźmy zatem inny.

Kiedy nasze dzieci dorastają i stają się coraz bardziej samodzielne, my rodzice tracimy z każdym dniem moc narzucania im naszej woli. W pewnym momencie nasze dzieci stają się dorosłe, ale przecież dla nas, rodziców, zawsze będą naszymi dziećmi, za które jesteśmy odpowiedzialni.

Przyzwyczajeni do rozkazywania i wymuszania naszej woli stajemy przed kwestią: jak postępować kiedy nasze dzieci nie robią tego, co uważamy za słuszne i dobre dla nich?

Weźmy na przykład sposób odżywiania się.

Nasza córka kilka lat temu wyszła za mąż, prowadzi własny dom i nie mam już bezpośredniego wpływu na to, jak wygląda jej dieta. I załóżmy, że nie bardzo podoba mi się co i kiedy zjada.

Wydaje mi się, że wiem sporo na temat tzw. zdrowego odżywiania. Mam bardzo wiele własnych doświadczeń w tym zakresie.

I poczucie odpowiedzialności za własne dziecko (przyjmijmy, że jest to jeden z elementów miłości) karze mi zająć stanowisko w tej sprawie i je wyartykułować.

Z drugiej strony, mam wielkie poczucie, że nie powinienem się wtrącać. Ba, towarzyszy mi nawet przeświadczenie, że córka ma prawo zrobić ze swoim życiem co chce, a z pewnością ma prawo do eksperymentowania i popełniania błędów.

Rozdarty emocjonalnie, staję przed kwestią: jak chcę się z tym czuć?

Czy jestem ciekaw efektów czy jestem przerażony?

Czy mam być zły czy wyrozumiały?

Czy powinienem być otwarty w imię miłości czy stanowczy w imię tej samej miłości?

Podobne pytania można mnożyć jeszcze długo i dylemat wydaje się poważniejszy niż w "kejsie" z komarem, gdzie sprawa dotyczy kwestii czy leżysz dalej spokojnie czy próbujesz jednym celnym uderzeniem dłoni uśmiercić mendę, tracąc praktycznie całość z dotychczasowego relaksu?

Chłodna kalkulacja podpowiada, że nawet jeśli komar zrobi to, co zazwyczaj, to będzie to jednorazowy akt, być może będzie Cię potem trochę swędziało to miejsce, ale sprawa nie warta jest bezpowrotnego przerywania tak cennego głębokiego zrelaksowania.

Z drugiej strony, nawet jeśli nie wytrzymasz i spróbujesz komara uśmiercić, strata nie wydaje się wielka. Przecież za tydzień będzie następna sesja głębokiego relaksu.

W przypadkach takich, jak dieta naszych dzieci, czy może jeszcze poważniejszych, jak np. zgoda na ryzykowną operację, sprawa nie wydaje się już tak prosta i oczywista. A co gorsza, wydaje się, że w takich przypadkach nie ma dobrej odpowiedzi. Jest tylko odpowiedź, którą wybieramy.

Czy zatem jest coś, co łączy oba te przykłady? O tak.

Trenuj, by wyrobić sobie właściwy nawyk.

Częstym zabiegiem przy nauczaniu rzeczy trudnych jest rozpoczęcie procesu nauki od przykładów prostych i wraz z postępem, wprowadzanie coraz trudniejszych.

Czy uważasz, że neurochirurg od początku ma tak opanowaną rękę, że robiąc cięcie przez chore struktury mózgu nie uszkodzi tych zdrowych? Oczywiście nie. On się tego nauczył.

Mimo wykonywania jednej z najbardziej stresujących prac, jakie są dane człowiekowi, musiał opanować swoje rzemiosło. Krok po kroku.

Zapewne wszyscy znamy ludzi bardziej opanowanych niż przeciętny Kowalski. Widząc, jak nie reagują na rzeczy, które nas wkurzają od pierwszej sekundy zadajemy sobie pytanie: jak oni to robią?

Niezależnie czy mają to bardziej wrodzone czy bardziej wyuczone jedno jest pewne: to wynika z ich sposobu myślenia. A to jest coś, czego można się nauczyć i jestem przekonany, że dla każdego taka umiejętność może być bardzo przydatna.

Zestawione przeze mnie przykłady potencjalnych problemów, jeden prosty, a drugi skomplikowany, wielowątkowy i z trudnym dylematem, obrazują bardzo szerokie spektrum problemów, z którymi mamy do czynienia.

To, do czego chcę Cię przekonać sprowadza się do jednej kwestii: zastanów się, czego tak naprawdę chcesz?

Przy okazji wielu problemów napotykanych w życiu mamy wrażenie braku wyboru i wpadamy w schemat myślenia, który powoduje, że jakaś sprawa staje się większym problemem niż to jest komukolwiek potrzebne.

W prostym przykładzie z komarem łatwo jest zauważyć, że to nie on jest problemem, ale nasze myślenie o nim może być problematyczne.

Im bardziej skomplikowany problem, tym trudniej jest zauważyć ten schemat, ale działa to tak samo, a sposób postępowania, do którego Cię zachęcam w takich przypadkach, może (... a może powinien) być taki sam.

Przy każdym problemie zadaj sobie pytanie: jak chcę się czuć? I zaraz potem możesz zagłębić się bardziej w meandry Twojego umysłu, pytając: dlaczego nie czuję się tak właśnie?

Odpowiedź jest jedna: powodem, dla którego nie czujemy się tak, jak chcemy, jest to, co myślimy w danej kwestii.

A skoro tak, to nasuwa się następne, ważne pytanie: jak inaczej mogę myśleć o tym problemie? czy trochę w szerszym kontekście i bardziej nakierowane na działanie: jak mogę inaczej myśleć o nim, aby zmienić swój stan emocjonalny na pożądany?

Jedną z najważniejszych, ale jednocześnie najtrudniejszych kwestii kiedy zaczynamy myśleć, że mamy problem, jest opanowanie własnych emocji.

Kiedy jesteśmy zdenerwowani czy wściekli, kiedy przepełnia nas frustracja, włączają się te wszystkie fizjologiczne mechanizmy reakcji stresowej, a wtedy racjonalna część naszego umysłu milknie.

Ale kiedy spływa na nas spokój odzyskujemy pełen dostęp do kory przedczołowej, a wtedy możemy organizować złożone informacje, zacząć planować i skupić naszą uwagę na najważniejszym ... na rozwiązaniu problemu.

Kiedy opadają emocje pojawia się kreatywność i to właśnie wtedy masz największe szanse na znalezienie wyjścia z sytuacji.

Dlatego zachęcam Cię do systematycznego ćwiczenia się w takim podejściu do problemów.

To dlatego właśnie pojawił się prosty przykład z komarem.

Przez wiele lat praktyki jogi wykonałem setki sesji głębokiego relaksu. Do dzisiaj są dni, że bzyczący w pobliżu komar mnie wkurza. Ale nauczyłem się nie stwarzać z tego faktu problemu.

Czy można nauczyć się reagować w taki sposób na problemy, wyrobić w sobie nawyk takiego właśnie podejścia do nich, próbując tego na problemach egzystencjalnej natury?

Cóż, być może tak, ale myślę, że będzie Ci znacznie, znacznie trudniej.

Chociażby z tego powodu, że jak pamiętasz przy okazji przykładu z dietą naszych dzieci, wydaje się, iż nie ma tam jednej, łatwej, poprawnej odpowiedzi. Są tylko odpowiedzi, które wybieramy.

Ale niezależnie od złożoności problemu, sposób w jaki o nim pomyślisz zadecyduje o tym, co w tej sprawie zrobisz, jakie działania podejmiesz i w konsekwencji przesądzi o rezultatach jakie osiągniesz.

Dla przypomnienia, Twoje myśli o problemie wyzwalają w Tobie uczucia, które popychają Cię do określonych działań, a te skutkują adekwatnymi rezultatami.

A zatem, jak reagujesz na problemy?

Radzisz sobie i z otwartą przyłbicą stawiasz im czoła, czy nie radzisz sobie z tym, co życie przynosi i unikasz konfrontacji?

Czujesz, że masz kontrolę nad sytuacją, czy jesteś przekonana, że jej nie masz?

Czy jesteś świadoma swoich myśli i emocji, czy nie?

Jaka jest Twoja pierwsza myśl o problemie? A druga? A następna?

Co wtedy czujesz?

A może udajesz, że tych myśli i emocji nie ma?

Jak rozładowujesz frustrację? Awanturujesz się? Wyładowujesz się na ludziach? Zwierzętach?Krzyczysz?

Czy może chodzisz cały dzień pełna złej energii i tłumisz to w sobie?

Co robisz, kiedy masz problem?

Czy to, co robisz służy Ci?

Czy to, co robisz rozwiązuje Twoje problemy?

Szukając odpowiedzi na te i podobne pytania robisz jedną, bardzo istotną rzecz: poszerzasz swoją świadomość.

dla mnie to szczególnie ważne | autor

Kiedy jesteśmy wystarczająco świadomi, otwiera się przed nami wielka możliwość: możliwość zmiany sposobu w jaki myślimy o problemie na taki, który jest ukierunkowany na jego rozwiązanie.

Problem przestaje być wtedy centralnym elementem przykuwającym naszą uwagę. Schodzi z pierwszego planu i staje się tłem, scenografią dla naszych działań.

Teraz nasza uwaga skoncentrowana jest na jednej rzeczy: na rozwiązaniu.

Problem przekształcił się w coś, nad czym po prostu pracujemy.

Bo naprawdę pracujemy nad jego rozwiązaniem.

Kiedy zrozumiesz w jaki sposób myślisz, kiedy zrozumiesz uczucia, które ten sposób myślenia wyzwala i kiedy zrozumiesz jak chcesz się czuć w obliczu problemu oraz to, że do Ciebie należy decyzja w tym zakresie, wtedy znacznie łatwiej będzie Ci odpowiedzieć na pytanie:

... co mogę zrobić, aby rozwiązać mój problem?

Kluczowe Pytanie nr 3 - Kto tu rządzi oraz kto i za co odpowiada?

... czyli jaką rolę przyjmujesz?

Skoro mowa jest o rządzeniu, zapraszam Cię do krótkiego przyjrzenia się jak nasze problemy mogą być postrzegane przez pryzmat większych grup ludzi np. społeczeństw czy narodów.

A dokładniej, zastanówmy się jak na Twoje czy moje problemy patrzą ludzie, którym powierzamy zarządzanie tym, co nazywamy państwem czy krajem i co dla nas z tego wynika?

Prawica. Lewica. Oni.

Aby nie było długo i nudno uproszczę schemat i opiszę w wielkim przerysowaniu dwa skrajne poglądy, pomijając cały środek między nimi, gdzie wszystko się miesza i gmatwa.

Z jednej strony, możemy ten typ podejścia nazwać prawicowym, Ty i ja jesteśmy postrzegani jako jednostki, które dzięki swoim zdolnościom, umiejętnościom i ciężkiej pracy mogą, czy wręcz powinny, osiągnąć upragniony sukces i wieść dobre życie.

Zgodnie z tym podejściem powinniśmy być sumienni w szkole, zdobyć odpowiednie wykształcenie, a potem cieżko pracować, by na starość stać nas było na wszystko, od wycieczki do Paryża, po protezę stawu biodrowego.

Generalnie, rządzący dają nam przysłowiową wędkę, która jest synonimem odpowiedzialności za siebie i tworzą system (środowisko) wspierający nas, jeśli dokładnie wypełniamy założenia tego systemu.

Jeśli nie pasujemy do systemu z jakiegoś powodu i nie robimy tego, czego się od nas oczekuje, spadamy na margines i nasze życie będzie raczej marne.

Z drugiej strony, możemy ten typ podejścia nazwać lewicowym, rządzący są bardziej skłonni dać wiarę, że nie każdy jest jednakowo zdolny oraz miał taką samą możliwość zdobycia wykształcenia i w konsekwencji znalezienia dobrze płatnej pracy, dzięki czemu ma na przykład gdzie mieszkać.

Generalnie, rządzący rozdają ryby zamiast wędek, będące podstawą systemu (środowiska), który tworzą w imię wsparcia nas, kiedy nie radzimy sobie z życiem.

Jeśli wyrastamy ponad przeciętność i nadzwyczajnie dobrze radzimy sobie z życiem (jednak, mimo założeń systemu), wtedy musimy zapłacić "solidarnościowe", które przypomina nam, jak mamy dobrze w porównaniu do innych.

Po co o tym mówię?

No napewno nie po to, aby przekonywać Cię do jednej z tych koncepcji.

Powiem to od razu, taka biało-czarna perspektywa bardzo rzadko jest przydatna z punktu widzenia rozwiązywania naszych osobistych problemów.

Ale wprowadza do tej dyskusji pojęcie systemu czyli środowiska, w którym przyszło nam żyć.

Środowisko jest tu przeze mnie rozumiane całościowo, czyli nie tylko smog, zanieczyszczona woda czy niezdrowa żywność. To także bezrobocie czy nietolerancja społeczna, które mogą przyczynić się do powstania bardzo poważnych problemów w naszym życiu.

Pojęcie środowiska można utożsamić ze źródłem czegoś, co na początku nazwałem problemami "obiektywnymi".

Środowiskowe czy systemowe problemy mają przeważnie jedną paskudną cechę: aby je systemowo rozwiązać zazwyczaj potrzeba bardzo długiego czasu.

Przyrzekam Ci, że staniesz się moją ulubioną bohaterką i wzorem kiedy zaczniesz aktywnie działać na rzecz uwolnienia ludzkości od chorób cywilizacyjnych (czytaj systemowych), ale Twoim ewentualnym sukcesem będą się rozkoszować dopiero następne pokolenia.

Może w zakresie smogu masz większe szanse delektować się owocami Twojej działalności, ale nie liczyłbym, że w naszym kraju wydarzy się to znacznie wcześniej niż skończą się pokłady węgla.

Co zatem zrobić jeśli uważamy, że mamy problem osobisty, ale z przyczyn natury systemowej?

Kto tu rządzi?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie muszę poruszyć jeszcze jedną kwestię: poczucia kontroli i poczucia sprawczości w naszym życiu.

Wśród pytań, które padły do tej pory było takie: "co robisz, kiedy masz problem?"

Przypuśćmy, że Twoja odpowiedź brzmi jakoś tak: "Jeśli sprawy nie idą tak, jakbym chciała, zaczynam się bardziej starać."

Albo jakoś tak: "Jeśli zdecyduję się coś zrobić, nie przestaję, aż skończę."

Takie odpowiedzi są typowe dla osób z tzw. wewnętrznym umiejscowieniem kontroli, które emanują przekonaniem, że jeśli tylko włożą w coś wystarczająco dużo wysiłku i determinacji, będą w stanie wpłynąć na wszystko.

Czy w takim podejściu jest coś złego?

Jak ujął to Robert Sapolsky w książce "Dlaczego zebry nie mają wrzodów":

"Nic, jeśli masz szczęście i żyjesz w uprzywilejowanym, merytokratycznym świecie, w którym wysiłki człowieka rzeczywiście przekładają się na nagrodę, a w wygodnym świecie klasy średniej wewnętrzne umiejscowienie kontroli czyni cuda."

Ale poczucie kontroli czy sprawczości to broń obosieczna.

Z jednej strony może popchnąć nas do rzeczy wielkich, do działań, o których jeszcze długie lata śpiewać będą pieśni, ale z drugiej strony może nas zniszczyć, jeśli nieadekwatnie do własnych możliwości (niezależnie czy rzeczywistych, czy tylko urojonych) będziemy się nim posługiwać.

Jeżeli zrobimy założenie, myślę, że całkiem uzasadnione, iż każdy problem generuje w nas większą czy mniejszą reakcję stresową, czyli mówiąc zgodnie z terminologią, jest dla nas stresorem, to przed wyprawą na wojnę z systemem lepiej posłuchajmy rady profesora Sapolskiego: "... im bardziej katastrofalne skutki stresora, tym bardziej nie powinnaś żywić przekonania o posiadaniu kontroli, ponieważ to nieuchronnie doprowadzi Cię do rozmyślania o tym, o ile wszystko mogłoby być mniej straszne, gdybyś tylko zrobiła to czy tamto."

Innymi słowy, poczucie kontroli najlepiej się sprawdza w przypadku umiarkowanych stresorów, co raczej przekłada się na problemy mniejszej rangi niż pochodzenia systemowego, chociaż nie można wykluczyć, że pozornie mały problem wywołuje w Tobie tak duży stres, iż z poczuciem kontroli powinnaś być bardzo uważna.

Wracając zatem do postawionego wcześniej pytania: "co zrobić jeśli uważamy, że mamy problem osobisty, ale z przyczyn natury systemowej?"

Jeśli masz taką chęć i dużo czasu, to możesz spróbować rozwiązać ten problem systemowo, czyli zmienić system.

Ale jeśli z jakiegoś powodu takie rozwiązanie nie wchodzi w grę, to mam dla Ciebie inne, tylko że ono jest trochę nieintuicyjne.

Po pierwsze przyjmij, że taka sytuacja to absolutnie i w żadnym zakresie nie jest Twoja wina.

Ale pamiętaj, w odróżnieniu od osób z wewnętrznym umiejscowieniem kontroli, ludzie z zewnętrznym umiejscowieniem tejże, szybko mogą przyjąć, że za wszystko odpowiedzialni są "oni" i postawić siebie w roli ofiary, niezdolnej do wygenerowania jakiejkolwiek zmiany.

Jak już mówiłem wcześniej, jeśli odseparujemy siebie od źródła problemu i całkowicie odrzucimy możliwość, iż w całości czy w jakiejś części jesteśmy jego twórcą, to możemy utracić bardzo istotną rzecz ... poczucie, że mamy kontrolę nad jego rozwiązaniem.

Kto i za co odpowiada?

W przypadku problemów powodowanych przez system bardzo łatwo jest uznać, że w żaden sposób nie jesteśmy źródłem problemu. Ale czy całkiem?

Nie będę się tu silił na teksty w stylu: "trzeba było inaczej głosować w ostatnich wyborach". Taka gadka nic praktycznego nie wnosi i nie o to mi chodzi.

Natomiast mam nadzieję, że zgodzisz się z następującą tezą: za część obiektywną problemów powodowanych przez system może i nie jesteśmy odpowiedzialni, ale czyż każdy z nas nie dokłada swojej części subiektywnej, robiąc z trudności obiektywnych problem osobisty?

Jeżeli tak, to kto jest odpowiedzialny i za co?

Odpowiedź brzmi: 

dla mnie to szczególnie ważne | autor

To nie Twoja wina, że jest problem z systemem, ale to Twoja odpowiedzialność, żeby znaleźć rozwiązanie, przynajmniej dla siebie.

Dlatego mówiłem, że to trochę nieintuicyjne: nie Twoja wina, ale Twoja odpowiedzialność.

Jeżeli smog stał się dla Ciebie wielkim problemem, uważasz, że to z jego powodu tak źle wyglądają Twoje oczy i śluzówki w nosie oraz gardle i wydaje Ci się, iż pył PM2.5 oblepia Ci płuca, a od tego dostaniesz raka.

Jeżeli nie możesz spać w nocy z tego powodu, a najdrobniejsza myśl o tym sprawia, że płaczesz albo dostajesz ataku paniki.

Jeżeli wszystko inne na świecie znikło, nie ma już radości, fajnych ludzi czy interesujących rzeczy, a jest tylko smog ...

... to jakie masz wyjście?

Zewnętrzne umiejscowienie kontroli może podsuwać Ci najgorsze wyzwiska i obelgi, którymi obrzucasz wszystkich na lewo i prawo, ale od wielu miesięcy nie zrobiłaś najmniejszego kroku w kierunku rozwiązania problemu.

To nie Ty podłożyłaś ogień, ale to Twój dom płonie i tylko Ty możesz coś z tym zrobić.

Wewnętrzne umiejscowienie kontroli może pchać Cię pod sejm z kamieniami w ręku albo z transparentem pod pachą na komin największej pobliskiej elektrociepłowni.

Tylko, że w tym kraju jest jeszcze węgiel i są górnicy oraz związki zawodowe, a do tego każdy chce mieć samochód i niewielu stać na nowy. A żeby jeszcze elektryczny!

Do tego Twój sąsiad i tak będzie palił w piecu swoje śmieci, bo za oszczędności na ich wywozie będzie mógł kupić kilka dodatkowych piw.

Czy zatem nie uważasz, że skuteczniej byłoby, w obu przypadkach, zadać sobie wspomniane wcześnej 2 kluczowe pytania, zmienić optykę patrzenia na problem i doprowadzić swoje emocje do ładu oraz skupić się na tym, co najważniejsze: na możliwych rozwiązaniach.

Może w kwestii emocji potrzebne będzie wparcie psychoterapeuty albo farmakologiczne.

Może maseczka antysmogowa i oczyszczacze powietrza w domu, aby przetrwać najgorsze zimowe miesiące, okażą się rozwiązaniami do przyjęcia.

Może trzeba będzie wprowadzić w domu system wentylacji mechanicznej razem z filtracją powietrza i odzyskiem ciepła.

Może potrzebna będzie przeprowadzka na wybrzeże lub do Holandii.

Może.

Ostrożnie. Odpowiedzialnie. Ale zawsze ku przyszłości.

A zatem ...

Jeśli uważasz, że możesz zmienić świat jeśli tylko chcesz, sugeruję więcej ostrożności z poczuciem kontroli, aby nie dotknął Cię tzw. "John Henryzm". Na YT z łatwością znajdziesz odpowiednie wideo o tym amerykańskim bohaterze, który według legendy rzucił wyzwanie maszynie i nie najlepiej się to dla niego skończyło. Bo, za duże poczucie kontroli może mieć fatalne, a nawet tragiczne skutki.

To nie Twoja wina, ale Twoja odpowiedzialność ...

... więc niech rozsądek i pragmatyzm będą Ci przewodnikami, by Twoje życie było możliwie bezproblemowe. Niech towarzyszą Ci w drodze ku lepszej przyszłości.

Z drugiej strony, jeśli uważasz, że to "ich wina" oraz "oni" są powodem Twojego nieszczęścia, to delegujesz swoją odpowiedzialność, a do tego znacząco zmniejszasz swoje szanse na sukces, bo rzadko kiedy mamy kontrolę nad "nimi".

Dlatego Ciebie zachęcam do wzięcia z powrotem odpowiedzialności za Twoje problemy, szczególnie jeśli Twoim największym problemem nie jest związanie końca z końcem co miesiąc.

To znacząco zwiększy Twoje szanse na długie i zdrowe życie.

To nie Twoja wina, ale Twoja odpowiedzialność ...

... więc niech ta odpowiedzialność będzie dla Ciebie motywacją do działania w imię lepszej przyszłości. Twojej przyszłości.

Właśnie ... przyszłość ... słowo klucz w kontekście problemów wielu osób.

Spora część naszych problemów bierze się z nadmiernego analizowania naszej przeszłości i przywiązywania przesadnego znaczenia do faktów, które miały w niej miejsce.

Chcielibyśmy, aby przeszłość była inna.

Chcielibyśmy, aby coś się nie wydarzyło.

Albo wręcz odwrotnie, żałujemy, że coś się nie stało.

Ale w wielu przypadkach, to nie fakty z przeszłości mają na nas wpływ, tylko sposób, w jaki o nich obecnie myślimy.

Nie możemy zmienić przeszłości, to chyba oczywiste, ale możemy zmienić sposób naszego myślenia o niej, jeśli dotychczasowy generuje problemy.

Wiele osób idzie przez życie z głową zwróconą za siebie i bynajmniej nie dlatego, że tam znajdują przydatne wnioski płynące z doświadczeń, krzepiące przykłady własnych sukcesów czy inspiracje do działania.

dla mnie to szczególnie ważne | autor

Rozwiązania Twoich problemów są zawsze w przyszłości, a jeśli będziesz patrzeć głównie w przeszłość, możesz TERAZ przeoczyć moment, w którym powinnaś zacząć działać, by rozwiązać Twój problem.

Więcej na ten temat.

  • Opowieść o JH dla tych, co lubią motywacyjne "kawałki" ... i dla rozluźnienia 🙂

Do Ciebie.

Mam nadzieję, że ten wpis był dla Ciebie przydatny i znalazłaś w nim coś wartościowego dla siebie. 


A Ty jak podchodzisz do rozwiązywania swoich problemów? Masz na to jakiś swój "patent"?


Daj mi znać, zostawiając komentarz poniżej. Dzięki 🙂

o autorze

Robert Jastrzębski

Prywatnie jestem mężem, ojcem i ... joginem.
Zawodowo jestem Mistrzem Techniki Bowena.
Śmiem myśleć o sobie, jako o coachu. Lifecoachu.
Podzielę się z Tobą wszystkim, czego nauczyłem się o budowaniu udanego życia, nawet jeśli nie masz wielu talentów i dobre zdrowie nie jest Twoim największym atutem. Jak w moim przypadku.
Moim celem jest pomóc Ci zoptymalizować Twoje życie i uwolnić Twoje moce, byś stała się siłą, z którą trzeba się liczyć.


Może spodoba Ci się także:

{"email":"Email address invalid","url":"Website address invalid","required":"Required field missing"}
>