Łączymy kropki: Odnajdywanie Sensu.

Wiele razy w moim gabinecie przekonałem się, że nie tylko ja mam czy miałem epizody w swoim życiu, kiedy nie wiedziałem co powinienem dalej zrobić, jaką ścieżkę obrać by rozwiązać problemy, które można by zakwalifikować nawet do kategorii egzystencjalnych, a przynajmniej ... kluczowych w kontekście czegoś, co można nazwać udanym, sensownym życiem?

Mam na myśli problemy między innymi w tak istotnych aspektach życia jak: zdrowie, zarządzanie emocjami, odpowiednia mentalność, aktywność socjalna, finanse czy wreszcie skuteczność w działaniu.

Powyższa lista nie zawiera wszystkich ważnych aspektów naszego życia, ale z mojego doświadczenia, zarówno osobistego, jak i terapeutycznego, zawiera te elementy, w których najczęściej mamy poważne kłopoty, i w których możemy najbardziej oraz najszybciej poprawić jakość naszego życia, jeśli poradzimy sobie z tymi kłopotami.

Stąd zrodził się w mojej głowie pomysł, aby podzielić się z Tobą moją wiedzą, przemyśleniami i doświadczeniami nt. strategii postępowania w każdym z tym aspektów, bo może skorzystasz z tego, jeśli akurat utknęłaś i nie wiesz co dalej począć?

To jest pierwszy wpis z cyklu: "Łączymy kropki" cyklu, który w moim zamyśle może pomóc Ci wyznaczyć odpowiedni kierunek na Twojej drodze życia i zrobić kilka pierwszych kroków, abyś mogła się rozpędzić oraz szybciej zdefiniować i osiągnąć swoje cele.

Tematy, które będą poruszane w tym cyklu zostały przeze mnie wyselekcjonowane na podstawie wielu rozmów, które prowadziłem z moimi klientkami i klientami, ale poprzez pryzmat moich własnych problemów życiowych, z którymi przyszło mi się mierzyć.

A zacznę od ogólnego i chyba najbardziej abstrakcyjnego tematu, bo będzie mowa o wartościach i znaczeniu, czyli o ... poszukiwaniu sensu w naszym życiu.

Wolisz posłuchać niż czytać? Voilà.
Posłuchaj na Apple Podcast

Samoświadomość a moralna egzystencja.

Jak już mówiłem wielokrotnie, podejmuję się coraz trudniejszych wyzwań i projektów, aby pewnego dnia być tak dobrym i mocnym, by zmienić świat. Choćby w skali nano. Choćby to miało znaczenie tylko dla setek, a nie milionów.

A dlaczego mam taką potrzebę by stać się wystarczająco dobrym i mocnym któregoś dnia?

Krótka odpowiedź brzmi: bo chcę być ... pomocnym?

A rozwijając trochę temat, bo "bycie pomocnym" jest jedną z moich kluczowych wartości w życiu, wartością która bardzo determinuje co mnie kręci i co robię.

Wiem, że jeśli czytałaś "Przebudzenie" de Mello, to wystawiam się "na strzał", bo w rozdziale "Maskarada dobroczynności" Anthony opisuje taką postawę jako "oświeconą interesowność".

Od razu dopowiem, że nie robię tego z miłości do ludzi, ale też nie robię tego z poczucia winy.

I tak, jak sugerował de Mello, czuję się "przeciętną osobą" i nie czuję się "wspaniałym" z powodu tego, że chcę być pomocnym.

Ale przeciwnie do Anthonego uważam, że mam uzasadnione prawo do bycia ... zadowolonym (a może nawet dumnym, ale zostańmy przy tym pierwszym określeniu), zadowolonym z powodu mojej samoświadomości, świadomości tego jaki jestem, czym się kieruję i ogólnie, jak żyję.

Przyznaję, kieruję się własnym interesem, bo bycie pomocnym sprawia mi nieopisaną radość.

Wiem, że de Mello twierdzi, iż: "dobro ma znaczenie dopiero wówczas, kiedy czynione jest bezwiednie". Ale śmiem twierdzić, że bycie pomocnym (bo tak lubię) w połączeniu z dwoma innymi kluczowymi wartościami w moim życiu czyli uczciwością i odpowiedzialnością sprawia, iż mogę mieć nadzieję na to, że moje życie jest ... chociaż trochę moralne.

I to właśnie wywołuje we mnie uczucie zadowolenia, bo jeśli miałbym się poddać (chociaż unikam tego jak ognia) zewnętrznej walidacji przez innych, to chciałbym, aby mogli o mnie powiedzieć: "Jastrzębski żyje moralnie", chociaż moja moralność ma charakter raczej "ogólnie humanistyczny" i może być inaczej postrzegana i oceniana w ramach tej, czy innej religii lub filozofii.

Po co o tym mówię?

Bo ten wpis ma charakter spinający wszystkie inne części cyklu i traktuje o sensie życia.

Postanowiłem od tego zacząć, bo lubię najpierw wyznaczać kierunki moich działań, aby potem zagłębiać się w szczegóły tego czy innego rozwiązania.

Ale zdaję sobie sprawę, że to nie jest jedyne sensowne podejście.

Czy praca nad sobą sprzyja moralnej egzystencji?

Jak wspominałem, zarówno spora grupa ludzi przychodzących do mojego gabinetu, jak i ja sam, doświadczyliśmy w życiu epizodów, kiedy czuliśmy się nędznie z powodu jakiś problemów, które nas przytłaczały, wpędzały w depresję czy łamały naszego ducha.

Kiedy tak się dzieje, a szczególnie w przypadkach kiedy taka sytuacja trwa długo, dużo za długo, to możemy w niej utknąć na dobre nie mając żadnego pomysłu jak sobie z tym poradzić, a także mając z każdym dniem coraz mniej mocy, by zrobić coś w tej sprawie, czy w jakiejkolwiek innej.

Problem polega na tym, że im bardziej cierpisz, tym masz mniejszą zdolność, aby nie tylko troszczyć się o potrzeby związane z Twoimi kluczowymi wartościami i działać, aby te potrzeby zaspokoić, ale również nie masz mocy na rozwiązywanie innych problemów.

Jeśli pracujesz po kilkanaście godzin na dobę, a i tak ledwo wiążesz koniec z końcem, masz kłopoty ze zdrowiem i mężem alkoholikiem, jesteś wykończona, nieszczęśliwa i przygnębiona, to nawet jeśli masz wielkie serce, jesteś świadoma problemów tego świata i w głębi duszy wiesz, że chcesz coś z tym zrobić, to co możesz zrobić?

Naturalne i zrozumiałe jest, że brak Ci mocy, by zrobić cokolwiek.

Przykład, którego użyłem jest mocno skrajny, ale taki mam sposób na porządkowanie mojej wizji świata.

To, co chcę przekazać, to idea, że niezależnie jak ciężka jest Twoja sytuacja, jak dużo jest w Twoim życiu cierpienia i jak długo w tym tkwisz, zawsze masz szansę na poradzenie sobie z tym całym ... szajsem.

Jedyne co musisz zrobić to: uwierzyć w proces, uwierzyć, że możesz wykonać pracę, która uwolni cię z tego miejsca, w którym teraz tkwisz i ... wykonać pierwszy krok w odpowiednim kierunku.

A najlepszym, jeśli nie jedynym kierunkiem w podobnej sytuacji jest ... praca nad sobą.

Czasami ten proces może, czy wręcz powinien być dwuetapowy. I decyzja w tej kwestii jest w dużej mierze zależna od głębokości Twojego ... "zanurzenia w bagnie".

Jeśli tkwisz w nim po szyję, a może nawet masz wrażenie, że ciągle idziesz jeszcze głębiej, to najpierw musisz się wydostać na jakiś stabilniejszy grunt, zanim zaczniesz rozwiązywać problemy tego świata.

Dopiero, kiedy rozwiniesz się do punktu, w którym będziesz mogła, będziesz miała zasoby, będziesz odpowiednio dobra i mocna, masz szansę na realną zmianę świata w jakiejś kwestii.

Dlatego właśnie podejmuję się coraz trudniejszych wyzwań i projektów, aby pewnego dnia być tak dobrym i mocnym, by zmienić świat. Choćby w skali nano. Choćby to miało znaczenie tylko dla setek, a nie milionów.

Nie jestem zainteresowany wklejaniem linków do postów, tweetów albo wideo z tego czy innego medium społecznościowego w celu podniesienia świadomości problemów tego świata.

Chcę wykorzystać własną moc, aby zrobić coś w sprawie jednego czy kilku z tych problemów.

I Ciebie też zachęcam do podobnego podejścia w Twoim życiu.

Nie dlatego, abyśmy wspólnie walczyli pod jednym sztandarem wojując o to samo.

Na mojej "krótkiej liście" kluczowych wartości znalazły się między innymi wspomniane wcześniej: bycie pomocnym, uczciwość i odpowiedzialność. Twoja "krótka lista" może być zupełnie inna, bo to Twoje życie. Ale jeśli takie pojęcia jak moralność, współczucie czy solidarność rezonują z Twoimi kluczowymi wartościami, to z pewnością znajdziesz coś, co będzie dla Ciebie nielichym motywatorem, by stać się lepszym człowiekiem i wieść lepsze życie, o którym można powiedzieć, że ma głębszy sens.

Droga do urzeczywistnienia takich celów wiedzie poprzez uwolnienie Twoich mocy, byś stała się siłą, z którą trzeba się liczyć.

Innymi słowy, jeśli chcesz mieć lepsze życie, które ma większy sens, w którym nie chodzi tylko, czy przede wszystkim o to, by robić rzeczy, które służą tylko Tobie, to od czego możesz (... a może powinnaś) zacząć?

dla mnie to szczególnie ważne | autor

Pracuj nad sobą, ale w sposób bardzo świadomy.

Niebezpieczeństwo bezrefleksyjnego samorozwoju.

Jako introwertyk, mam niestety tendencję do skrajnego indywidualizmu, czy może bardziej w zgodzie z prawdą, egocentryzmu.

Jednym z niebezpieczeństw takiego podejścia do życia jest przesadna skłonność do robienia rzeczy, które chcę robić i które służą mi, jako jednostce.

To jest szczególnie łatwe kiedy przykryje się to "płaszczykiem" rozwoju osobistego czy samodoskonalenia.

Troska o swoje zdrowie, kondycję, młody wygląd czy zdobywanie coraz szerszej wiedzy, wyglądają na pierwszy rzut oka bardzo poprawnie i chwalebnie. I do tego są to chyba najbardziej promowane działania w sieciach społecznościowych.

Ale kiedy przesadzisz z tą troską, kiedy stracisz z horyzontu odpowiedź na pytanie "po co?", czy lepiej "dlaczego to robisz?", kiedy te pozytywne wartości staną się nawet Twoją obsesją, to ustawiasz się w innym swego rodzaju ... "wyścigu szczurów".

Wyścigu, który prędzej czy później ma dużą szansę uczynić Cię nieszczęśliwą w jakimś stopniu.

Kiedy jesteś na diecie wegetariańskiej, to następnym krokiem musi być przejście na weganizm.

Kiedy wyciskasz już 90 kg, to teraz koniecznie musisz sobie postawić za cel 100.

I kiedy masz już jędrne, dobrze utrzymane ciało, to już nadszedł czas na "sześciopak" na brzuchu.

Ten model oczywiście nie ogranicza się do wymienionych wcześniej kwestii. Może być spokojnie wykorzystany choćby w kontekście robienia kariery czy zarabiania pieniędzy.

Pnij się po szczeblach kariery i zdobądź jeszcze więcej władzy czy wpływu.

Albo, zbuduj zyskowny biznes, a potem ... zbuduj jeszcze bardziej dochodowy.

Itd., itp.

Kiedy przeoczy się moment, w którym można już powiedzieć: to jest OK, albo "enough is enough", to taka pogoń może skończyć się dopiero z naszym odejściem z tego świata.

Może ten wyścig, który prowadzisz obecnie jest dla Ciebie lepszy, niż jakiś poprzedni, w którym uczestniczyłaś, może znacznie lepiej się w nim czujesz i znacznie bardziej Ci służy, ale ciągle to jest jakiś wyścig.

A jak w większości wyścigów, wygrana nie jest gwarantowana, a co jeszcze gorsze, nawet jeśli wygrasz, to jaki to ma głębszy sens?

Jak wielu innych uważam, że jest taki moment w życiu, kiedy warto zatrzymać się na chwilę i zadać sobie pytanie: "i co dalej?".

Ba, uważam nawet, że powinno się to robić co jakiś czas, może nawet cyklicznie.

Odpowiedź na to pytanie jest swego rodzaju sprawdzianem czy testem.

Właśnie "wyjmujesz papierek lakmusowy" by przekonać się czy żyjesz życiem, w którym ważne są wartości z "górnej półki", czemu nadajesz w nim duże znaczenie i jaki ono ma sens? I czy ten sens widzisz tylko Ty, czy też dla innych Twoja egzystencja jest w jakiś sposób sensowna?

Czy sens i sukces w życiu można mierzyć?

Kiedy w moim życiu przyszedł taki moment, usiadłem przed komputerem i z listy ponad 500 kluczowych wartości w życiu człowieka wymienionych przez innych (taką listę możesz znaleźć na corevalueslist.com) wybrałem swoją dziewiątkę.

Kluczowe wartości to są ... zasady, które uważamy za najważniejsze i one pełnią rolę naszego kompasu w życiu. Przez pryzmat tych wartości oceniamy świat, selekcjonujemy co jest dla nas ważne, a co nie i to one mają największy wpływ na podejmowane przez nas decyzje.

W ostatecznym rachunku to one określają, co zostawimy po sobie i jak ludzie będą nas pamiętać.

Ale czy to jednoznacznie określa czy odnieśliśmy sukces w życiu?

Myślę, że to jeden z lepszych mierników, tylko że dla niektórych może być mało atrakcyjnym motywatorem w życiu.

Ale ...

dla mnie to szczególnie ważne | autor

Jeśli sukces utożsamimy z poczuciem szczęścia w naszym życiu, to życie zgodnie z naszymi kluczowymi wartościami daje nam największe szanse na odniesienie takiego właśnie sukcesu.

Bo kluczowe wartości stanowią podstawę naszej tożsamości i reprezentują w naszym wyobrażeniu najlepszą wersję nas samych.

A któż nie chce być najlepszą wersją siebie?

I jeśli jeszcze zdamy sobie sprawę, że kluczowe wartości definiują co to znaczy, dla każdego z nas, "przeżyć życie warte przeżycia", to oczywistym staje się, że są niesamowitym źródłem motywacji i siłą, która najmocniej wpływa na sposób w jaki żyjemy.

Poznanie własnych kluczowych wartości jest ... kluczową kwestią w procesie odkrywania swojego "Dlaczego", o którym mówi w swoich książkach Simon Sinek.

Jeśli nie pomyślałaś dotąd o tym ćwiczeniu, to szczerze zachęcam Cię do tego, ale na teraz wróćmy jeszcze do kluczowych wartości.

Zróbmy mentalną inwersję i zastanówmy się co się dzieje, jeśli nie żyjemy w zgodzie z naszymi kluczowymi wartościami?

Moim zdaniem: kiedy żyjemy wbrew naszym kluczowym wartościom, to raczej będzie ono wypełnione jakimś rodzajem cierpienia, pełne stresu i mocno odbiegające od ideału.

I tu wracamy do kwestii wysiłków, których celem jest zbudowanie osobistej mocy.

Jeśli to, co powiedziałem do tej pory, nie jest jeszcze wystarczająco jasne, jeżeli mojego przekazu nie sformułowałem wystarczająco klarownie, jeśli tak jest - przepraszam, to powiem to teraz wprost:

dla mnie to szczególnie ważne | autor

Jeśli chcesz przeżyć życie, które ma głębszy sens i jest warte przeżycia, jeśli chcesz odnieść w nim sukces i jeśli chcesz, aby było ono szczęśliwe, to zachęcam Cię do świadomej, celowej, wytężonej, skutecznej i ... rozsądnej pracy nad sobą, byś miała moc potrzebną do wniesienia wartości w życie innych ludzi.

Myślę też, że niezłym miernikiem sukcesu naszego życia może być liczba osób, w życiu których nasza egzystencja miała pozytywne znaczenie.

Pozwól zatem, że w imię zasady "Codziennie rób jedną rzecz, która cię przeraża" zacznę od razu od "łączenia kropek" w kwestii pracy nad sobą, czy może lepiej, świadomego samorozwoju, którego celem jest wymieniony wcześniej sukces życiowy.


Kropka pierwsza:

Przestań troszczyć się o siebie
(zbyt mocno).

Wiesz jaka jest główna zasada na miejscu wypadku?

Najpierw należy zatroszczyć się o ratownika.

Innymi słowy i zmieniając kontekst, jeśli chcesz pomagać innym musisz zatroszczyć się o zapewnienie sobie wszystkiego, czego potrzebujesz, aby stać się wystarczająco mocną, żebyś była w stanie tej pomocy udzielić. I to jest zrozumiałe i to jest ok.

Musisz zadbać o swoje zdrowie? Tak.

Musisz zdobyć odpowiednią wiedzę i doświadczenie? Tak.

Musisz wypracować wiele potrzebnych nawyków? Tak.

Mogę nawet przychylić się do stwierdzenia, że jeśli tego potrzebujesz by być szczęśliwą, możesz zadbać o swój wygląd. Jasne, że tak.

Pewnie jeszcze znajdą się dziesiątki innych spraw dotyczących bezpośrednio Ciebie, o które będziesz chciała zadbać.

Tylko, że istnieje granica, poza którą jest to już troska przesadna, a czasami przeradza się ona w obsesję.

Czy to jest konkretna, łatwa do zdefiniowania granica? Nie.

Czy ona jest taka sama dla wszystkich? Nie.

Czy łatwo ją wyznaczyć, aby jej nie przekroczyć? Nie.

Co gorsza, w dzisiejszych czasach, z uwagi na charakter, rolę i wpływ mediów społecznościowych, widać wyraźną tendencję do przesuwania tej mglistej, ale szalenie ważnej granicy w kierunku absurdu.

W dziedzinach takich jak zdrowie i uroda mamy do czynienia z istnym szaleństwem.

A to przekłada się na coraz więcej myślenia w kategorii "ja, moje, dla mnie".

Kiedy temu ulegniesz, a jeszcze do tego zaczniesz się porównywać z innymi ludźmi, to już nieduży krok nie tylko do przesady, ale prawdziwego i niemałego cierpienia.

dla mnie to szczególnie ważne | autor

Najgorsze, co możesz zrobić na drodze Twojego samorozwoju, to dać się wciągnąć do "konkursu".

Kiedy zaczniesz zadawać sobie pytania typu: co inni powiedzą?, jak mogę to zrobić lepiej niż X?, jak mogę mieć więcej tego czegoś niż Y?, jak mogę mieć mniej owego niż Z?, idziesz prostą drogą w kierunku cierpienia.

dla mnie to szczególnie ważne | autor

Kiedy Twoja praca nad sobą napędzana jest zewnętrzną walidacją, to ustawiasz się w najbardziej toksycznej relacji ze światem na tej drodze.

Jeśli zaczynasz robić to z powodu presji innych ludzi lub z powodu wrażenia, jakie chcesz na nich zrobić, to powinno Ci się zapalić bardzo wyraźne czerwone światełko.

Mówiąc krótko i posługując się klasykiem: "Ludwiku Dorn i Sabo, nie idźcie tą drogą!".

Kiedy umysł zaniża samoocenę.

Z własnego doświadczenia dodam, że kiedy rzeczywiście pracujesz nad tym, by stać się lepszym człowiekiem dla innych, kiedy myślisz o swoim rozwoju w kategorii "kto jeszcze może na tym skorzystać?", "skutkiem ubocznym" tego procesu jest zauważalne zmniejszenie zainteresowania własną osobą, za to wyraźny wzrost samoakceptacji.

To może być szczególnie istotne dla osób z niską samooceną, których umysły generują często myśli typu: "nie jestem wystarczająca", czy "nie jestem tego warta", czy "nie zasługuję na to lub na tamto".

Gdzieś tam w ich umyśle zagnieździł się wstyd: "mam brzydkie ciało" albo "jestem głupia".

I ten wstyd popycha je do działania, które nakręcane jest jedną myślą: "wreszcie usłyszę od innych - nie, nie, jesteś ładna, jesteś mądra!".

Jeżeli odwrócisz wektor i zaczniesz rozwijać się nie dlatego, że ktoś powie Ci kiedyś: "jesteś OK", tylko dlatego, że Ty chcesz, żeby ta osoba była OK dzięki Tobie, to zmienia charakter całego procesu. Od tego momentu zaczynasz pracować nad uwolnieniem się od ciężaru osądu Ciebie przez świat, a przyczyniasz się do tego, by ten ostatni stał się lepszym miejscem do życia.

Kto wie, może przyjdzie taki dzień, kiedy spostrzeżesz, że robisz to wszystko dla ... samego robienia. Nie dla oczekiwanego efektu. Nie dlatego, że musisz. Nie dlatego, że chcesz czyjejś akceptacji.

Tylko dlatego, że tak postanowiłaś przeżyć swoje życie.

Nie pamiętam już gdzie usłyszałem to pytanie po raz pierwszy, ale zastanawianie się nad odpowiedzią było dla mnie znamienne w skutkach. Może dla Ciebie też takie będzie?

Pytanie to brzmi:

Co bym robił przez resztę życia, gdyby nikt tego nie widział?

autor nieznany


Kropka druga:

Co mogę zrobić, aby dać innym możliwość rozwoju i zapewnić im optymalne warunki do tego?

Praca i rodzina to pojęcia, które w dzisiejszych czasach coraz trudniej jest mieć "na celowniku" naszego życia jednocześnie.

Inaczej to ujmując, wiele kobiet na wysokich stanowiskach lub właścicielek dobrze prosperujących biznesów to osoby samotne i/lub mające spore problemy w życiu osobistym, a z drugiej strony, wiele kobiet, które stworzyły udaną "podstawową komórkę społeczną" oraz przysporzyły nowych obywateli Rzeczypospolitej, ma duże trudności z powrotem do pracy czy z założeniem dochodowego biznesu.

Oczywiście są wśród nas również takie, które znakomicie połączyły oba te "światy" i te chyba najłatwiej poradzą sobie z tym, o czym teraz powiem.

A będzie o czymś, co po angielsku nazywa się: "empower people".

Termin ten, "empower people", jest dosyć trudny do krótkiego przetłumaczenia na nasze. Ale jeśli pracujesz w korporacji, a jeszcze do tego na stanowisku menadżerskim, to z pewnością wiesz o czym mówię, bo od jakiegoś czasu jest on bardzo modny i nagminnie używany w kontekście polityki zarządzania "zasobami ludzkimi" w firmach.

A jeśli jesteś szczęśliwą mamą i nie do końca wiesz o czym mówię, nie przejmuj się, zaraz wszystko wyjaśnię. Bo mimo, że termin ten ma swoje korzenie czysto biznesowe, to jak najbardziej może (... a może powinien) mieć zastosowanie również na gruncie rodziny.

Empowerment prywatnie.

dla mnie to szczególnie ważne | autor

Każdy, kto nie jest socjopatą i kto żyje w związku z inną osobą (niezależnie czy padło sakramentalne "Tak" czy nie) wie, że od pierwszej minuty tego związku jest w nim coraz mniej "Twojego ja". A kiedy pojawiają się dzieci, proces zaniku "Twojego ja" postępuje wykładniczo.

W życiu "post-old i pre-new-rodzinnym" przez wiele lat, a nawet dziesięciolecia, wszystko robiliśmy sami i o wszystkim decydowaliśmy sami, dlatego nie jest łatwo zmienić takie wzorce i wyjść z trybu "solo".

Stąd bardzo łatwo przychodzi nam narzucanie naszej woli, poglądów czy rozwiązań partnerce albo partnerowi, a w stosunku do nieletnich dzieci to nawet, można powiedzieć, jest nasz obowiązek nazywany "wychowaniem".

Bez problemu mówimy innym co mają robić, traktując ich raczej przedmiotowo niż podmiotowo.

"Masz zjeść tę kaszkę do końca, inaczej Tatuś będzie zły".

Ale jeśli rzeczywiście pracujesz nad tym, by stać się lepszym człowiekiem dla innych, kiedy myślisz o swoim rozwoju w kategorii "kto jeszcze może na tym skorzystać?", zgodnie z tym, o czym było przy okazji "pierwszej kropki", to w pewnym momencie musisz zacząć ... "empower" swoich bliskich.

I "empower" w tym przypadku nie oznacza, że "upoważniasz" swoje dziecko do przychodzenia z imprezy o 23.00 czy jeżdżenia z tym Jackiem na tym jego motorze. Nie oznacza też, że "umocowujesz" swojego partnera do zarządzania jakąś częścią waszego budżetu.

dla mnie to szczególnie ważne | autor

"Empower" oznacza, że dajesz swoim bliskim możliwość rozwoju i zapewniasz im optymalne warunki do tego, aby mogli się rozwijać tak, jak tego chcą.

Dajesz im czas, dajesz im przestrzeń, zapewniasz im zasoby, aby mogli rozwinąć cały swój potencjał, a Twój czas poświęcasz temu, aby odkryć jak możesz im pomóc, by ich dokonania przerosły nawet ich oczekiwania.

Podsuwasz im pomysły czego mogliby się jeszcze nauczyć, jakie mogliby zdobyć umiejętności i wykształcić nawyki, aby wskoczyli na kolejny, wyższy poziom?

Zastanawiasz się, co jeszcze możesz dać im najlepszego z siebie, aby Twoja egzystencja stworzyła rzeczywistą różnicę w ich życiu?

Kiedy któreś z nich przychodzi do Ciebie mówisz: "Jestem tu, aby wysłuchać co mówisz. To co mówisz i robisz bardzo mnie interesuje. Możesz na mnie liczyć, bo chcę Cię wspierać".

A kiedy usłyszysz: "Chcę zostać wspinaczem skałkowym, wspinać się bez zabezpieczeń, a moim marzeniem jest wejść na El Capitan free solo, jak Alex Honnold" mówisz: "O, super! Myślę, że to super pomysł. Ja Cię tego nie nauczę, bo nie umiem, ale jestem tu, aby wspierać Cię na Twojej ścieżce rozwoju, jakąkolwiek drogą chcesz iść. Opowiedz mi o tym."

Tak może wyglądać "empowerment" w wydaniu rodzinnym.

A jaki byłby odpowiednik tego w wydaniu biznesowym?

Empowerment w biznesie.

Podobnie, jak to opisałem w przypadku wychowywania naszych dzieci, możesz prowadzić biznes wykorzystując ludzi jak "proste narzędzia".

Wystarczy, że powiesz swoim pracownikom, że muszą przestrzegać takich, a takich procedur, że wszystko w firmie jest robione według określonych standardów, jeśli mają jakieś pomysły, to mogą wypełnić stosowne formularze i wystąpić o opinię i ewentualne zatwierdzenie, co potrwa kilka tygodni, że codziennie rano są narady z szefami poszczególnych działów, na których muszą być obecni wszyscy, nawet jeśli omawiane sprawy nie dotyczą ich bezpośrednio, że na koniec każdego tygodnia mają złożyć timesheet, w którym będzie rozpisane z dokładnością do kwadransa nad czym pracowali przez ten czas, i że ich skrzynka mailowa będzie zasypywana korespondencją, na którą mają odpowiadać niezwłocznie.

No i oczywiście na koniec możesz dodać, że oczekujesz kwartalnego zysku z ich pracy w wysokości X, i że corocznie Twoje oczekiwania będą podnoszone o Y procent.

Jak potwierdza życie, można stworzyć i prowadzić w ten sposób całkiem dużą, nawet bardzo dużą i bardzo dochodową firmę.

Tylko, jak pokazują niezliczone badania, które są tylko naukowym potwierdzeniem naszej zdroworozsądkowej oceny, nie tylko wielu Twoich podwładnych nie będzie się czuło dobrze w takim środowisku, ale wielu z nich nie rozwinie całego swojego potencjału, którego mogliby użyć z korzyścią dla Ciebie.

To nie jest wpis o tym, jak uzdrowić politykę personalną w wielkich firmach. Nie znam się na tym i nie mam na to pomysłu, podobnie jak nie mam pomysłu co zrobić z demokracją, by lepiej działała? Ale to jest wpis, w którym jest mowa o sensie życia. Twojego życia.

Nie dalej, jak wczoraj, wracając z żoną do domu spotkaliśmy na naszej ulicy przemiłą Panią Kasię, która niejednokrotnie pobierała naszą krew do badań, bo wraz ze swoją mamą prowadzi miejscowe laboratorium analityczne.

Okazało się, że niecałe dwa miesiące temu wyszła ze szpitala po epizodzie sepsy.

Pośród różnych tematów, które poruszyliśmy w rozmowie, zgadało się o naszym powiatowym szpitalu.

Ku naszemu zaskoczeniu, żony i mojemu, opinia Pani Kasi na temat sposobu traktowania jej przez personel szpitalny była niemalże entuzjastyczna. Opowiadała o ... życzliwości, zainteresowaniu, wyrozumiałości i tym podobnych ... "ekstrawagancjach", które nie są częścią standardowego, czy może, stereotypowego obrazu naszej służby zdrowia.

Widząc nasze zdziwione miny i słysząc niedowierzania, powiedziała coś takiego: "... zawsze byłam przekonana o prawdziwości twierdzenia, że pacjenta powinno się traktować tak, jak samemu chciałoby się być traktowanym".

Nie łudzę się, że czyta ten wpis jakaś Pani Prezes jakiejś wielkiej firmy, ale jeśli na Twoim poziomie w strukturze korporacji, albo w przypadku Twojej niegigantycznej firmy, masz rzeczywistą możliwość decydowania, czy za hasłem "empower people" naprawdę coś się kryje, a nie jest to tylko pusta deklaracja czy wyświechtany slogan, jesteś szczęściarą.

Masz szansę by odkryć, czego Twoi podwładni czy Twoi pracownicy potrzebują, by rozwinąć się w pełni, nie tylko ułatwiając Tobie pracę czy powiększając dochód Twojej firmy, ale także, by ich życie było lepsze.

Czasami wystarczy dać komuś jasne wskazówki na temat Twoich oczekiwań i, podobnie, jak w przypadku rodziny, dołożyć do tego czas i przestrzeń oraz zapewnić zasoby, by odwzajemnili się tym, co mają najlepsze, będąc jednocześnie ... szczęśliwszymi.

Jeśli nie potraktujesz tego kogoś tak, jak sama chciałabyś być traktowana, to czy dużo Cię różni od socjopatów, którzy poukrywali się w strukturach biznesów doprowadzając wielu ludzi do upodlenia, rozpaczy czy depresji?

Jeśli gniew boży czy zła karma nie są czymś, co powoduje u Ciebie gęsią skórkę, to pomyśl, czy warto ryzykować żal i wyrzuty sumienia kiedy następnym razem zastanowisz się nad sensem swojego życia?

No chyba, że jesteś socjopatką.


Kropka trzecia:

Znajdź "coś" w życiu, w czym jest coś jeszcze poza: ja, moje, dla mnie.

Nie chcę używać słowa "misja", bo w moim odczuciu to słowo stało się w większości swoich zastosowań przykrywką dla działań, które nie korespondują z jego szlachetnym znaczeniem, do którego chcieliby nas przekonać: rządzący poprzez propagandę telewizji dotowanej z naszych podatków, prezesi wielu korporacji w swoich przemówieniach na townhalla-ch, za słowami których w najlepszym przypadku kryje się pustka, a w gorszych kolejne redukcje etatów, czy świętobliwi kapłani, którzy głosząc miłość bliźniego, dopuścili się czynów niemających ze wspomnianą miłością nic wspólnego, czy raczą nas kazaniami przesączonymi nienawiścią wobec innego człowieka.

Nie chcę też, aby to, do czego Cię zachęcam, zabrzmiało patetycznie albo żebyś sobie pomyślała: "jeszcze jeden nawiedzony".

Ale jakoś chcę Cię przekonać, że warto być ... "rozsądną altruistką", bo rozsądny altruizm przynosi korzyści rozsądnemu altruiście.

Zostań "rozsądną altruistką".

Jak twierdzi psycholog Juliet Wakefield na podstawie własnych badań:

" ... altruizm przynosi korzyści darczyńcy, zwiększając poziom jego osobistego dobrostanu. W rzeczywistości altruizm jest powiązany z wyższym poziomem zadowolenia z życia i szczęścia, a także z niższym poziomem depresji. Istnieją również silne pozytywne związki między altruizmem a zdrowiem fizycznym, w tym niższy wskaźnik śmiertelności w grupach altruistów w porównaniu z grupami mniej altruistycznymi".

Z kolei psychiatra Neel Burton ujmuje to następująco:

" ... altruizm przynosi altruiście wiele korzyści. Dokonanie czynu altruistycznego wywołuje u nas uczucie euforii, tzw. haj pomagacza. W dłuższej perspektywie altruizm wiąże się z lepszym zdrowiem psychicznym i fizycznym oraz większą długowiecznością. Ludzie zdrowsi są szczęśliwsi, a szczęśliwsi są bardziej życzliwi, co tworzy koło altruizmu."

Oboje podkreślają ogromne znaczenia faktu, że dzięki naszym altruistycznym działaniom tworzymy grupy społeczne, z którymi się identyfikujemy, co pomaga nam odnaleźć sens naszego istnienia.

Jak to ujęła Juliet Wakefield:

" ... to właśnie więzi grupowe, które są wzmacniane poprzez udzielanie i otrzymywanie pomocy, są korzystne dla naszego zdrowia i dobrego samopoczucia. Dotyczy to również pomocy tym, którzy nie należą do naszej najbliższej grupy ...

... identyfikacja z grupami społecznymi i ich członkami daje nam poczucie celu w życiu, a także świadomość, że w chwilach stresu lub kryzysu będziemy mogli otrzymać wsparcie od innych członków grupy.

... subiektywne poczucie identyfikacji grupowej może być nawet ważniejsze dla zdrowia psychicznego niż ilość kontaktów, jakie mamy z członkami grupy. Sugeruje to, że koszty bycia miłym są w ostatecznym rozrachunku przeważone przez jego liczne zalety".

Neel Burton podsumowuje tę kwestię następująco:

"... altruizm pomaga ustanowić i utrzymać tkankę społeczną, która nas pielęgnuje i chroni, która utrzymuje nas przy życiu, a co więcej, sprawia, że nasze życie jest warte przeżycia."

Czyli ... altruizm jest fajny.

Ale, co to znaczy być "rozsądną altruistką"?

Jeśli kiedykolwiek interesowałaś się pojęciem altruizmu, to wiesz, że podobnie jak w prawie każdej ważnej dla ludzkości sprawie, świat jest podzielony również w tej kwestii.

Altruizm jest pojęciem dosyć nowym, bo jego nazwę wymyślił francuski filozof Auguste Comte pod koniec XIX wieku, chociaż już u Arystotelesa możemy doszukiwać się przekonania o tym, jak ważna jest miłość innych dla ich dobra, a nie dla własnych korzyści.

Może z uwagi na "niewystarczającą dojrzałość" altruizm nie ma stabilnej "pozycji rynkowej" i wielu psychologów oraz filozofów twierdzi, że nie może istnieć coś takiego jak prawdziwy altruizm, i że altruizm (wraz z empatią) są jedynie narzędziami egoizmu i samozachowawczości.

Nie będę tutaj przytaczał argumentów obu stron, a po której stronie sporu Ty się opowiadasz musisz zdecydować sama.

Mnie najbardziej przekonuje zdanie Neela Burtona, że sedno sprawy jest następujące:

"Nie może istnieć coś takiego jak altruistyczny czyn, który nie zawierałby jakiegoś elementu interesu własnego; nie może istnieć coś takiego jak altruistyczny czyn, który nie prowadziłby do jakiegoś stopnia, nieważne jak małego, dumy, walidacji lub satysfakcji. W związku z tym nie należy spisywać danego czynu na straty jako samolubnego lub motywowanego własnym interesem tylko dlatego, że zawiera on jakiś niewielki i nieunikniony element interesu własnego".

Dlatego właśnie pozwoliłem sobie na wstępie wyrazić lekuchne votum separatum wobec przesłania de Mello z "Przebudzenia".

dla mnie to szczególnie ważne | autor

Uważam, że szczodrość w pomaganiu innym nie musi być bezinteresowna.

Ludzie szczególną estymą obdarzają te czyny, które wydają się być przejawami altruizmu wynikającymi z samopoświęcenia. Im bardziej zakamuflowane są samolubne motywy takiego czynu, tym bardziej go poważamy i chwalimy.

A dlaczego bardziej chwalimy hojne czyny, gdy wydają się one bardziej bezinteresowne?

Jak opisał to dr Michael Price w artykule "The Dark Side of Altruism" na łamach Psychology Today:

"Może się to wydawać nieco ironiczne, ale prawdopodobnie robimy to z własnego interesu: jako od beneficjentów takich czynów, nie oczekuje się od nas niczego w zamian, więc odnosimy większe korzyści netto niż w przypadku czynów, które zobowiązywałyby nas do odwzajemnienia".

Z jego badań nieskażonego cywilizacją, rdzennego społeczeństwa amazońskiego, ludzie ci w przeważającej większości preferowali członka tej społeczności, który ciężko pracował dla niskich korzyści - altruistę - w stosunku do tego, który ciężko pracował dla wysokich korzyści. Z drugiej strony, w przeważającej większości nie lubili osoby, która pracowała mało dla dużych korzyści - darmozjada - w porównaniu z osobą, która pracowała mało dla małych korzyści.

Innymi słowy, ludzie często wykorzystują altruizm do swoich celów, co nie przeszkadza nam oceniać altruistyczne działania innych pod kątem ukrytych w nich egoistycznych motywów.

Ja też tak robię.

Ale takie podejście nie musi być równoznaczne ze zdyskredytowaniem wartości moralnej jakiegoś altruistycznego działania. Bo nawet jeśli przynosi ono znaczące korzyści "podejrzanemu o oświeconą interesowność", to nie zmienia to faktu, że może to być działanie godne pochwały i przynieść "ofierze" jego altruistycznych działań znaczące korzyści.

A niech mi ktoś powie, co jest złego w tym, że wygrywają obie strony?
Moim zdaniem, nic.

Ale być może diabeł tkwi w jednym, ważnym szczególe: pobudkach czyli proporcji egoizmu do altruizmu?

Kiedy przyglądam się działaniom wielu multimiliarderów, to mam wrażenie, że czują się zmuszeni do bycia chojnymi filantropami nie po to, by zaspokoić jakiekolwiek osobiste pragnienie pomocy innym, ale po to, by uniknąć etykietki samoluba czy chciwca, co byłoby niezdrowe z biznesowego punktu widzenie. Ich działania są raczej formą PR-u niż altruizmu.

Albo, może ważna jest ocena moralnej strony działalności szczodrego altruisty?

Bo jeśli szczodry producent bąbelkowanego napoju funduje szkołę przy swojej ogromnej fabryce, pozbawiając jednocześnie wody zdatnej do użytku okoliczne rodziny, żyjące dotąd z uprawy roli, to nie mam przekonania, że to jest działanie zgodne z jakąkolwiek moralnością powszechnie akceptowaną.

A może chodzi jeszcze o coś innego?

Możliwe, ale w większości "normalnych" zastosowań altruizmu będziemy mieli do czynienia z moralnie akceptowalnymi pobudkami i zdrowymi sytuacjami win-win, które moim zdaniem bronią się z definicji.

Altruizm niejedną ma twarz.

Ale czy altruizm ma tylko dobrą stronę? Czy można przesadzić z byciem "pomocnym"?

Cóż, chciałbym sprowokować Cię do zastanowienia się nad tym zagadnieniem i wyrobienia sobie własnego zdania w tej sprawie.

I nie chodzi mi tu o konflikt, w jakim ideologia altruizmu w swojej czystej postaci jest z prawami człowieka jako jednostki (problemem staje się podstawowa zasada altruizmu, według której służenie potrzebom tych, którzy tego potrzebują, staje się moralnym obowiązkiem), czy o wynaturzenie zwane komunizmem, które w imię "kolektywnego, zbiorowego dobra narodu" doprowadziło do śmierci głodowej dziesiątek milionów ludzi w Związku Radzieckim i Chinach.

Nie chodzi mi o skrajne wypaczenie altruizmu wobec wybranej społeczności czy narodu, które owocuje nikczemnymi aktami w postaci zamachów samobójczych, czy też, w swoim ekstremum, prowadzi do ludobójstwa.

I nie chodzi mi o dość powszechnie znane przypadki, o których mówi też Juliet Wakefield, kiedy ludzie stają się przeciążeni koniecznością opieki nad innymi. Taka sytuacja może prowadzić do stresu, wypalenia zawodowego oraz słabego zdrowia psychicznego i występuje u osób, które pomagają innym w życiu, takich jak pracownicy służby zdrowia czy opiekunowie w hospicjum.

A można to zaobserwować również u osób, które poświęcają dużo czasu na pomaganie innym w życiu osobistym.

Chodzi mi o coś mniej oczywistego. Chodzi mi o coś, co niełatwo poddaje się czarno-białej analizie, o coś, co nie zdarza się często i nie możemy sobie poradzić chociażby analizą statystyczną, by ocenić co jest normą, a co nie.

Bo każdy z nas, Ty i ja, mamy w sobie takiego Pana Hyde'a (... no może w Twoim przypadku, to bardziej Pani Hyde). Jeśli jego (ją) zignorujemy, to podejmujemy wysokie ryzyko nawet wtedy, kiedy wydaje nam się, że nic złego nie może się wydarzyć, bo przecież spełniamy wyłącznie dobre uczynki, kierujemy się tylko dobrymi intencjami i działamy zgodnie z najwyższymi standardami moralnymi.

Jakąś dekadę temu, Barbara Oakley wprowadziła do powszechnego obiegu termin "patologiczny altruizm", wydając swoją książkę o takim tytule.

Pod terminem "patologiczny altruizm" kryją się wyjaśnienia powodów nie tylko pseudomęczeńskiej śmierci zamachowców samobójców, ale także właśnie problemów pracowników służby zdrowia, którzy z uwagi na zaburzenia swojej empatii popadają w głęboką depresję czy wypalają się zawodowo.

Ale czy patologicznym altruizmem można też tłumaczyć zachowanie człowieka z zaburzeniami odżywiania (może tego nie wiesz, ale bezinteresowność jest ponoć jedną z istotnych cech takich zaburzeń), którego być może niezdrowa koncentracja na cierpieniu innych skłania do czynów, które na pierwszy rzut oka być może nazwalibyśmy nie do końca przemyślanymi, chociaż w rzeczywistości jest zupełnie odwrotnie i najprawdopodobniej spędził on więcej czasu myśląc o tym, niż poświęca na tego typu kwestie w swoim życiu przeciętny człowiek?

Słyszałaś kiedykolwiek o Zellu Kravinskym?

Poznaj Zella Kravinsky'ego.

Świat poznał jego historię z artykułu, który ukazał się w The New Yorker w 2004 r., jakiś rok po całej sprawie.

Kravinsky, mąż i ojciec czworga dzieci, przekazał prawie całą swoją fortunę na cele charytatywne. Razem jakieś czterdzieści pięć milionów dolarów.

Zostawił sobie i rodzinie tylko niezbyt okazały dom, nieduże sumy w papierach wartościowych i stara się żyć za mniej niż 10 tysięcy dolarów rocznie, co zdaje się na amerykańskie standardy być dość skromną sumą.

Coż, nie jest to przypadek powszechny, kiedy ludzie bardzo bogaci rozdają cały swój majątek innym, ale też nie jest wyjątkowy, bo sporo takich uzbierało się już w naszej historii.

Zresztą, jak sam powiedział Kravinsky: "Prawdziwym sprawdzianem mojej próżności byłoby, gdybym wszystko rozdał. Nie tylko do poziomu klasy robotniczej, ale do poziomu ubóstwa".

Ale to, co wyróżnia przypadek Kravinsky'ego stało się 22 lipca 2003 r.

Wyszedł wczesnym rankiem z domu i udał się do ... szpitala, gdzie w wyniku trzygodzinnej operacji oddał swoją prawą nerkę niespełna trzydziestoletniej Donnell Reid, która przez ostatnie osiem lat musiała poddawać się dializom.

Coż, dalej nie jest to coś niespotykanego, prawda? Nawet w naszym kraju w ostatnim roku przed pandemią dokonano, jeśli mnie pamięć nie myli, około 900 przeszczepów nerek, a chyba najbardziej znanym dawcą jest jeden ze znanych bokserów, który oddał swoją nerkę córce.

Tylko, że to były w znakomitej większości przeszczepy od zmarłych dawców (bo te od żywych stanowiły tylko jakieś 5% wszystkich przypadków) i, o ile wiem, wszystkie przeszczepy od żywych dawców były "ukierunkowane" i "spokrewnione" czyli wiadomo komu dawca darowuje swój organ i był to ktoś z bliższej lub dalszej rodziny.

W przypadku Kravinsky'ego było inaczej. Chciał przekazać swoją nerkę potrzebującej, ale obcej, nieznanej mu wcześniej osobie. Dlatego trzy miesiące wcześniej zadzwonił do jednego z mniej znanych szpitali, gdzie mógł mieć pewność, że ofiarowana nerka trafi do afroamerykańskiego pacjenta o niskich dochodach.

Biorcę swojej nerki poznał dopiero na dwa tygodnie przed operacją i to szpital, po przeprowadzeniu koniecznych testów medycznych zdecydował, że będzie to właśnie Donnell Reid.

Ponoć rozmawiali ze sobą dwie godziny, a ona opowiadała mu o swoich planach i podziękowała za "hojność nie do opisania".

Uważam, że to co zrobił Kravinsky było całkowicie i ponad wszelką wątpliwość NIENORMALNE.

To było nienormalne, bo jestem pewien, że większość ludzi na świecie by tego nie zrobiła, a nawet, śmiem twierdzić, by o tym nie pomyślała. Nie wyłączając mnie.

I jestem ... niesamowicie szczęśliwy, że są tacy ludzie jak Zell (bo Kravinsky nie był pierwszą, ani ostatnią osobą, która zdecydowała się na taki czyn), których stać, w sensie mentalnym i moralnym, na taką NIENORMALNOŚĆ.

Dzięki Zell i żyj sto lat, przynajmniej 🙂

Ale pytanie brzmiało: "czy altruizm ma tylko dobrą stronę i czy można przesadzić z byciem "pomocnym"?

Oświecony czy mroczny?

Przykład Kravinsky'ego pojawił się nieprzypadkowo, bo nie tylko we mnie jego czyn wzbudza mieszane odczucia.

Kravinsky ponoć powiedział, że kierował się "matematycznym rachunkiem utylitaryzmu, który daje pierwszeństwo idei największego dobra".

Mogę to przyjąć, tylko wygląda na to, a może nawet jestem tego pewien, że jego kluczowe wartości są inne niż moje. I kiedy mówi o "największym dobru", to mnie w jego działaniu brakuje bardzo istotnej komponenty tego pojęcia, jakim dla mnie jest ... rodzina (to moja czwarta z dziewięciu kluczowych wartości).

Ponoć rozmowy Kravinsky'ego z rodziną i o rodzinie sprawiały, że czuł się jak ... "kosmita" i miał to skomentować w ten sposób: "Święte przywiązanie do rodziny jest usprawiedliwieniem dla wszelkiego rodzaju chciwości i egoizmu ... . Dla mnie to jest nieprzyzwoite".

Podczas procesu przygotowywania do operacji Kravinsky miał przyznać, że cierpiał na depresję i że nie miał zgody żony na oddanie nerki. Zezwolił szpitalowi na rozmowę z własnym psychiatrą, ale powiedział, że nie będzie mógł przyprowadzić żony na wspólne konsultacje.

Jego żona miała być stanowczo przeciwna całemu przedsięwzięciu, chociaż popierała nieukierunkowane dawstwo organów jako ideę. Była przeciwna, bo jako psychiatra zajmujący się między innymi ludźmi, którzy mają problemy z odżywianiem uważała, że Kravinsky nie nadaje się do tego typu operacji z medycznego punktu widzenia.

Dowiedziała się o operacji męża z miejscowej gazety, po czym następnego ranka dostała od niego telefon z prośbą o ... pomoc, bo jako osoba z problemami trawiennymi nie mógł przyjmować opioidowych leków przeciwbólowych.

Nie gloryfikuję rodziny niemalże ponad wszystko tak, jak to ma miejsce np. w niektórych religijnych mediach. Ja po prostu nie postąpiłbym tak wobec mojej żony i córki.

Zagadywany w kwestii swojego "oświecenia", Kravinsky miał odpowiedzieć: "To nie jest oświecenie. To początek moralnego życia".

Tylko, czy dylematy moralne można próbować rozwikłać ... matematycznie, nawet jeśli jest się bardzo dobrym w tej dziedzinie?

Bo Kravinsky zdawał sobie sprawę, iż istniało prawdopodobieństwo, że jedno z jego czworga dzieci - w tym czasie w wieku od trzech do jedenastu lat - może potrzebować nerki, którą tylko on mógłby podarować. Jako wprawny w matematyce wziął pod uwagę różne czynniki i wyliczył, że ryzyko jest nie większe niż jeden na dwieście pięćdziesiąt tysięcy, uznając że ... jest to ryzyko, które może zaakceptować.

A kiedy redaktor z The New Yorker'a poprosił o obliczenie proporcji między jego miłością do swoich dzieci, a miłością do dzieci nieznanych, Kravinsky po chwili zastanowienia miał odpowiedzieć: "Nie wiem, gdzie bym to ustawił, ale nie pozwoliłbym umrzeć wielu dzieciom, aby moje mogły żyć. Nie sądzę, że dwoje dzieci powinno umrzeć, aby jedno z moich dzieci miało komfort, i nie wiem, czy dwoje dzieci powinno umrzeć, aby jedno z moich dzieci mogło żyć".

Jestem ciekaw, jakie jest Twoje zdanie w tej sprawie?

Mnie, za każdym razem, kiedy o tym myślę ... przechodzi zimny dreszcz po plecach, bo mój empatyczny Pan Hyde (jakkolwiek dziwnie brzmi ta zbitka słowna) podpowiada mi: "to nie jest takie głupie".

Ale zaraz do głosu dochodzi racjonalny Pan Jekyll z tą swoją rodziną oraz odpowiedzialnością i wiem, że nie zdecydowałbym się na takie rozwiązanie.

Przekonuje mnie też opinia filozof Judith Jarvis Thomson, autorki książki "The Realm of Rights", która skomentowała postawę Kravinsky'ego słowami: "Ojciec, który mówi: "Nie dbam o życie moich dzieci bardziej niż o życie kogokolwiek innego", jest po prostu wadliwym rodzicem; ma braki w poglądach, które rodzice powinni mieć, niezależnie od tego, czy maksymalizują one użyteczność, czy nie".

Dlatego, na swoje potrzeby stworzyłem konstrukt myślowy "rozsądnego altruisty", który z pewnością nie zadowoli takich filozofów jak Peter Singer (to ten od etycznej łamigłówki "Płytki staw i koperta"), ale mnie pozwala tak, jak to mówiłem na początku, mieć nadzieję na to, że moje życie jest ... chociaż trochę moralne.

Na obronę Zella, jeśli to, co zrobił wydaje Ci się całkiem nie do przyjęcia oraz na obronę mojej skromnej osoby, jeśli uważasz, że mój "rozsądny altruista" jest całkiem do kitu, przytoczę słowa właśnie Petera Singera o Zellu Krevinskym: "[jest] niezwykłą osobą, która bardzo poważnie potraktowała pytania o to, jakie są nasze moralne zobowiązania do pomagania ludziom. Myślę, że ludziom bardzo trudno jest posunąć się tak daleko jak on, i nie sądzę, że powinniśmy winić tych, którzy tego nie robią, ale powinniśmy podziwiać tych, którzy to robią".

Moim zdaniem, świat jest bardzo, bardzo rzadko czarnobiały.

Praktycznie w całości są w nim tylko odcienie szarego.

Jedne jaśniejsze, a drugie ciemniejsze i żeby zobaczyć całe spektrum możliwych opcji dobrze jest poznać, co jest na obu krańcach.

Osiągnięcie równowagi pomiędzy pomaganiem innym, a dbaniem o własne samopoczucie jest, moim zdaniem, bardzo ważne, choć nie zawsze łatwe.

Więcej na ten temat.

  • Artykuł Iana Parkera z The New Yorker o Zellu Kravinskym.
  • Tu możesz posłuchać co ma do powiedzenia sam Zell Kravinsky.
  • A tu znajdziesz treści autorstwa ikony etyki stosowanej Petera Singera.
  • Gdyby moja córka powiedziała, że chce robić to, co Alex Honnold ... narobiłbym w gacie i nie jestem pewien czy byłoby mnie stać na "full empowerment". 

Do Ciebie.

Mam nadzieję, że ten wpis był dla Ciebie przydatny i znalazłaś w nim coś wartościowego dla siebie. 


Co sądzisz o tym, co zrobił Zell Kravinsky? A jak Ty radzisz sobie ze swoim sensem życia?


Daj mi znać, zostawiając komentarz poniżej. Dzięki 🙂

o autorze

Robert Jastrzębski

Prywatnie jestem mężem, ojcem i ... joginem.
Zawodowo jestem Mistrzem Techniki Bowena.
Śmiem myśleć o sobie, jako o coachu. Lifecoachu.
Podzielę się z Tobą wszystkim, czego nauczyłem się o budowaniu udanego życia, nawet jeśli nie masz wielu talentów i dobre zdrowie nie jest Twoim największym atutem. Jak w moim przypadku.
Moim celem jest pomóc Ci zoptymalizować Twoje życie i uwolnić Twoje moce, byś stała się siłą, z którą trzeba się liczyć.


Może spodoba Ci się także:

{"email":"Email address invalid","url":"Website address invalid","required":"Required field missing"}
>